Yes, The Walking Dead is still on. Twelve years after Sheriff Rick Grimes stumbled out of a hospital bed, the AMC zombie apocalypse series kicked off its 11th and final season last summer, and
"Tales of the Walking Dead" is an episodic anthology series with one-hour standalone episodes focused on both new and established characters set in the world of the original series.
The journey wasn’t perfect, with some side adventures that didn’t pay off as well as anticipated, but the core story of Clementine and her growth as a character has cemented this series as one of gaming’s best stories. And now it’s all been upgraded and put together in one simple package in the form of The Walking Dead: The Telltale
The Walking Dead season 11 finale spoilers follow.. The Walking Dead is finally over Except, not really. Because even though the series finale is titled 'Rest In Peace', this franchise remains
W recenzjach opowiadam o grach, które zostały dopiero przeze mnie skończone. Są one bezspoilerowe.Gra została ograna na Xbox Series X
The Walking Dead: World Beyond is a bit easier (or at least quicker) to digest. Created by Scott M. Gimple and Matthew Negrete, this two-season limited event takes place in Nebraska 10 years into
dlqwu. Ostatni dzień na Ziemi, bo tak się zwie ostatni odcinek szóstego sezonu The Walking Dead, to popis umiejętnego budowania poprzednim odcinku #19. THE WALKING DEAD. „Ostatni dzień na Ziemi”, czyli wielkie wejście NeganaNie ukrywam, że jestem umiarkowanym fanem serialu The Walking Dead, co nie oznacza, że nie dostrzegam ogromnej liczby mankamentów, z jakimi na przestrzeni wielu sezonów musieli obcować widzowie. Rozciągnięta do maksimum fabuła składała się wielokrotnie z absolutnie niepotrzebnych odcinków i postaci niemających żadnego wpływu na to, co najistotniejsze dla głównych bohaterów. Były sezony ciekawsze, były sezony-memy, mogące być co najwyżej pośmiewiskiem dla adeptów scenariopisarstwa, aczkolwiek jedno muszę przyznać – wprowadzenie do teatru zdarzeń Negana było istnym szóstym sezonie The Walking Dead Rick Grimes i jego wesoło mordercza gromadka byli już doświadczonymi wojownikami, którzy w kluczowych momentach potrafili wyłączyć sumienia, aby w walce na śmierć i życie uratować siebie oraz najbliższych. Pamiętajmy, że w tym sezonie ponownie Rick zapuszczał brodę, co miało niebagatelne znaczenie dla sposobu, w jaki podejmował kluczowe decyzje. Jak bowiem głosi stara prawda – im dłuższy zarost Ricka, tym większe prawdopodobieństwo, że mężczyzna sięgnie po przemoc i brutalnie zakończy rozgrywkę z przeciwnikiem. Może to kwestia brody, a może rozzuchwalenie oraz nadmierna pewność siebie zadecydowały o tym, iż Rick bez wahania szukał konfrontacji ze Zbawcami – kolejnym postapokaliptycznym gangiem, którego okrucieństwo obrosło legendą. W pogardzie mając wszelkie znaki pojawiające się na niebie i ziemi, Rick ruszył na Zbawców, sądząc, że prewencyjne uderzenie zakończy jeszcze nierozpoczętą wojnę. Ostatni dzień na Ziemi, bo tak się zwie ostatni odcinek szóstego sezonu The Walking Dead, to popis umiejętnego budowania napięcia. Drużynie Ricka wydaje się, że kontroluje sytuację i potrafi przechytrzyć wrogów, tymczasem z minuty na minutę okazuje się, w jakim jest tragicznym błędzie. Zbawcy zaciskają wokół bohaterów krąg niczym dłonie na szyi ofiary. Bawią się w kotka i myszkę, dając złudne uczucie, że jeszcze istnieje szansa na ucieczkę, że jeszcze nic nie jest stracone. Wszystkie drogi prowadzą jednak do Negana i jego nieodłącznej Lucille. Opisywane powyżej umiejętne budowanie napięcia nie miałoby znaczenia, gdyby jego kulminacją nie było zderzenie Ricka z Neganem. To antagonista grany przez Jeffreya Deana Morgana kradnie dosłownie każdą sekundę serialu, gdy tylko jego twarz jest widoczna na ekranie. Negan jest silny i bezlitosny, ale przy tym całkowicie wyluzowany, jak gdyby był pewien zwycięstwa, zanim jeszcze doszło do pojedynku. Bujający się od prawa do lewa, machający swoim wiernym kijem baseballowym owiniętym drutem kolczastym, odziany w skórzaną kurtkę, przechadza się w świetle samochodowych świateł od ofiary do ofiary – strasząc, śmiejąc się, a przede wszystkim opowiadając o sprawiedliwości, jaką musi wymierzyć na ekipie Ricka za to, co oni mu uprzednio tylko jeden zabijakaOczywiście ta konstatacja pojawiała się już przy okazji wcześniejszych starć Ricka z różnego rodzaju przywódcami pokroju na przykład Gubernatora, niemniej to dopiero w trakcie potyczki z Neganem dobitnie wyszło na jaw, że apokalipsa zombie wydobyła na światło dzienne najgorsze ludzkie instynkty. Albo inaczej: sprawiła, że ludzie przestali mieć hamulce, dzięki czemu na zgliszczach pogryzionej przez umarlaków cywilizacji zaczęli budować nowe imperia z nowymi zasadami. Warto bowiem pamiętać, że już od samego początku widać, że za Neganem nie stoi li tylko brutalna siła, chociaż jest ona rzecz jasna kluczowa, lecz antagonista stara się wpoić swoim wyznawcom również światopogląd, zgodnie z którym mają postępować w każdym możliwym to nie tylko jeden zabijaka. Neganem nazywają się wszyscy, którzy za nim idą. Nie ma indywidualności, jest tylko masa, na której czele stoi wódz. Kto zechce naruszyć jego prymat, tego głowa odpadnie od ciała po zderzeniu z Lucille. Na podstawie wątku Zbawców, co zostanie później jeszcze wzmocnione na przykładzie Szeptaczy, można wysnuć tezę, że w przypadku największego zagrożenia ludzie wolą porzucić wolną wolę, byle tylko przetrwać za wszelką cenę – również jednak do odcinka, oczywiście wielu widzów zżymało się na bolesny cliffhanger kończący szósty sezon, po którym trzeba było czekać wiele miesięcy na ujawnienie, kto nie przeżyje pierwszego starcia z Neganem. Teorii w internecie było bez liku, ludzie na podstawie kąta padania świateł samochodów próbowali rozgryźć, z czyjego punktu widzenia został nakręcony ostatni kadr. Po wielu latach od emisji pierwszego odcinka The Walking Dead na nowo rozpaliło emocje chwile chwałyWydaje się jednak, że to były ostatnie chwile chwały dla tego serialu. Twórcom udało się w wybitny sposób pokazać wejście na scenę potężnego wroga, którego ekspresja dalece odbiegała od stereotypowego wyobrażenia na temat despoty-zabijaki. Wprawdzie później rywalizacja z Szeptaczami również została zaprezentowana w niezły sposób, ale to pierwsze chwile wojny Ricka ze Zbawcami należą bodaj do jednych z najlepszych fragmentów zombiakowego tasiemca. Po obejrzeniu po raz pierwszy tego odcinka można jeszcze było żywić nadzieję, że The Walking Dead zaskoczy ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi. Fenomenalnie ukazane wielkie wejście Negana było obietnicą krwawej jatki, ale również poważniejszej opowieści na temat ceny, jaką musimy płacić za przetrwanie oraz tego, co musimy zrobić, by uratować szczątki zniszczonej cywilizacji. Żadna z tych obietnic nie została zrealizowana. Było krwawo, ale oprócz tego bezbrzeżnie głupio. Odwracając cytat klasyka, prawdziwego Negana powinno poznać się po tym, jak zaczął. Reszta jest milczeniem. Marcin KempistySerialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go inne artykuły >>>
Żywe Trupy maszerują wgryzając się coraz głębiej w świadomość użytkowników, tworząc popkulturowy fenomen. Stworzone przez Roberta Kirkmana i Tony'ego Moore'a komiksowe uniwersum Żywych Trupów jest jedną z najbardziej sugestywnych post-apokaliptycznych wizji w historii kultury powieści graficznej nie skupili się bowiem na tytułowych zombie, a właśnie na ludziach, którym przyszło się zmagać z makabrycznym zjawiskiem. Spróbowali przekazać, jakie zachodzą między nimi relacje i jak ludzie mogą reagować w sytuacjach skrajnie ekstremalnych. Świeże podejście autorów zaowocowało wielkim sukcesem. Wkrótce po premierze komiks doczekał się serialowej adaptacji, a dzięki studiu Telltale Games otrzymaliśmy również grę o tym samym tytule. I to właśnie na niej pragnę się skupić, gdyż producentom udało się stworzyć niezwykle poruszające, interaktywne nie skupia się na historii opowiedzianej w komiksie, a korzysta jedynie z popularnego uniwersum, które daje możliwość odpowiedzenia szeregu emocjonujących historii. W grze wcielamy się w Lee Everetta, skazanego za morderstwo nauczyciela. Podczas transportu do więzienia, przewożący go radiowóz ulega wypadkowi, a skazaniec traci przytomność. Po przebudzeniu, kilka godzin później, okazuje się, że znany mu wcześniej świat zaczyna być wspomnieniem, a okoliczne tereny zaczyna trawić plaga tytułowych żywych trupów. Ranny Lee postanawia szukać schronienia w pobliskim domu. Trafia tam na 8-letnią dziewczynkę o imieniu Clementine. Przerażone dziecko ukrywało się samo w domu, a jej rodzice przebywający daleko poza domem prawdopodobnie nie żyją. Lee postanawia zaopiekować się dzieckiem i wkrótce we dwójkę dołączają do innych ocalałych. Tak rozpoczyna się ich walka o przetrwanie, gdzie największym zagrożeniem okazują się nie być zombie, a właśnie rozgrywkiGra jest stosunkowo unikalnym odłamem klasycznych gier przygodowych w stylu point 'n' click, przedstawioną w trójwymiarowym środowisku z perspektywy trzeciej osoby. Zagadki logiczne znane z klasyki tego gatunku ustępują jednak miejsca dialogom prowadzonym między poszczególnymi postaciami oraz na relacjach, jakie zachodzą między nimi wraz z postępami w fabule. Historia opowiedziana w grze jest kreowana na zasadzie wyborów gracza. Wszystkie podjęte przez nas decyzje mogą mieć większy lub mniejszy wpływ na późniejsze wydarzenia i stosunek innych ocalałych do naszego bohatera. A decyzje jakie przyjdzie nam podejmować nie należą do łatwych. W znakomitej większości przypadków przyjdzie nam wybrać mniejsze zło, a na podjęcie decyzji mamy zawsze ograniczony czas. Zabieg ten sprawia, że w sytuacji silnego zagrożenia, adrenalina potrafi sięgać zenitu. Aby wzmocnić napięcie w grze pojawiło się także kilka sekwencji zręcznościowych opartych na popularnych quick-time strukturaWartym odnotowania jest fakt, że gra posiada serialową strukturę. Pierwszy sezon gry składa się z pięciu epizodów, a wszystkie z nich były wydawane chronologicznie w określonych odstępach czasowych. Podobnie jest z drugim sezonem, którego wydano już trzy odcinki z zaplanowanych pięciu. W dobie niezwykle popularnych seriali telewizyjnych, które śmiało mogą już konkurować z przebojami kinowymi, jest to świetne rozwiązanie. Jedynym minusem jest oczekiwanie na kolejne odcinki, z których każdy kończy się sporym cliff hangerem. Z pierwszym sezonem nie ma już tego problemu, ale jeśli nie lubicie czekać, poczekajcie na premierę wszystkich odcinków z sezonu graficznaThe Walking Dead pod względem graficznym jest bardzo wierne swojemu protoplaście. Gra została utrzymana w przyjemnej dla oka komiksowej stylistyce, co okazało się niezwykle udanym zabiegiem. Można by założyć, że przy tego typu oprawie wizualnej (dalekiej od fotorealizmu), nie da się poprowadzić porywających przerywników filmowych opartych na silniku gry czy należycie oddać emocji bohaterów. Nic bardziej mylnego. Telltale Games udowadnia, że gra nie potrzebuje ogromnego budżetu na najnowsze graficzne wodotryski. Za sprawą komiksowej oprawy mogli oni w znacznie łatwiejszy sposób oddać emocje bohaterów oraz nakręcić oskryptowane sceny. Wystarczy spojrzeć na dołączone do recenzji zdjęcia. Komiksowy styl znakomicie wręcz zdaje otwarcie dla gier przygodowychThe Walking Dead nie skupia się na kanonicznych dla gatunku zagadkach, a na prowadzeniu historii, której sednem są relacje między ludźmi walczącymi o przetrwanie. W praktyce recepta studia sprawdza się rewelacyjnie, a historię Lee oraz Clementine śledzimy z zapartym tchem od początku do Adam Szymański
Moja wiedza na temat The Walking Dead kończy się na poziomie pierwszego sezonu serialu. I chociaż był całkiem w porządku, to jednak bez większych fajerwerków obejrzałam ostatni odcinek sezonu. Mimo to popularność tej serii jest ogromna, dlatego chciałam spróbować kolejny raz – z książką lub komiksem. Padło na skupia się na poszukiwaniu obozu dla ocalałych w Atlancie. Czworo dorosłych mężczyzn i jedna mała dziewczynka rozpoczynają walkę o przetrwanie, z tym że jedni są bardziej bezwzględni od drugich. Brian Blake jako ten mniej bezwzględny wziął pod opiekę córkę swojego brata, podczas gdy Philip zajęty jest rozprawianiem się z hordą wygłodniałych zombie. Mnóstwo latających flaków i rozlanej krwi, serio. Sprawa komplikuje się znacznie bardziej w momencie, gdy do transformacji w żywego trupa nie dochodzi już tylko od ugryzienia, ale przez tak ludzką rzecz jak śmierć, której nie da się uniknąć ani i Bonansinga nie oszczędzają czytelników. Dosadny język, szczegółowe – naturalistyczne wręcz – opisy i dużo przekleństw miały oddać dramatyzm sytuacji. I to się autorom akurat udało. Nie ma owijania w bawełnę czy głaskania się wzajemnie po głowach. Każdy dzień, każda chwila może być ostatnią i wierzcie mi – to się czuje razem z bohaterami książki. Skróciłabym nieco rozwlekłe opisy na rzecz trzymającej w napięciu akcji, ale nie wiem czy wtedy wyobraźnia pracowałaby tak dobrze. Plus dla autorów za zakończenie. Przyznaję, że takiego końca zupełnie się nie spodziewałam, a mniej więcej od połowy byłam pewna, że wiem jak cała sprawa się zakończy. Psikus, nic nie widziałam. Jeśli chodzi o bohaterów to Kirkman i Bonansinga poszli raczej w jakość niż w ilość i chwała im za to, bo dzięki temu postacie są niesamowicie wiarygodne. Doskonale odwzorowane zostały zmiany, które MUSZĄ zachodzić w umysłach osób położonych w sytuacji Philipa, Briana czy Nicka. Sporo się naczytałam o tym, że w pierwszym wydaniu tej powieści znaleźć można całą masę literówek. We wznowieniu na szczęście tego nie ma, jednak dla mnie ogromnym minusem była mała czcionka i jeszcze mniejsze marginesy. Rozumiem oszczędność papieru, ale naprawdę ciężko czyta się książkę, w której wewnętrzny margines jest tak mały, że trzeba bardzo szeroko ją otworzyć, aby widzieć tekst. Jeśli zaś chodzi o samą treść, to przede wszystkim mierziła mnie mała ilość akcji. Fakt, że ta, która się pojawia jest naprawdę mocna, ale długie i często niewiele wnoszące opisy trochę to przyćmiły. Przynajmniej w pierwszej połowie, do czasu kiedy... ha! Chcielibyście wiedzieć. Nie jestem też przekonana do sposobu narracji - czas teraźniejszy sprawdza się tylko przy pierwszoosobowym narratorze, a tutaj do czynienia mamy z trzecioosobowym i sporo czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do tej metody, ale wiadomo - co kto większe napięcie pojawiło się tak naprawdę dopiero pod koniec książki, to Narodziny Gubernatora zachęciły mnie do poznania dalszych losów tej postaci, które – o ile mi wiadomo – pojawiają się w trzecim sezonie serialu. Myślę, że droga, jaką przeszedł Gubernator do tego, aby być tym, kim jest w serialu warta była uwagi i na pewno teraz serial oglądać będę z dużo większym zainteresowaniem.
Po 12 latach. Zaktualizowano 3 kwietnia 2022 08:37 Opublikowano 3 kwietnia 2022 08:21 Zbliża się koniec pewnej ery, Jeśli kiedykolwiek planowaliście nadrobić serial Żywe trupy (The Walking Dead) to już wkrótce będzie ku temu idealna okazja. Twórcy wspomnianej produkcji oficjalnie ogłosili, że na planie finałowego odcinka 11. sezonu padł ostatni klaps. Oznacza to, że po 12 latach zakończono zdjęcia do tego wysoko ocenianego i niezwykle popularnego serialu od stacji AMC. 11 seasons, 12 years, 177 episodes, 1 amazing fan base. Thank you, #TWDFamily for joining us on this journey. — The Walking Dead on AMC (@WalkingDead_AMC) March 31, 2022 Dla przypomnienia, serial The Walking Dead rozpoczął się się w październiku 2010 roku, a podstawę do niego stanowi komiks Roberta Kirkmana o tym samym tytule. Produkcja ta opowiada losy grupki ludzi, którzy stawiają czoła nieumarłym w post-apokaliptycznym świecie. Emisja 11. sezonu wystartowała w sierpniu 2021 roku. Dokładnie dzisiaj debiutuje 16. epizod 11. sezonu, po którym nastąpi krótka przerwa. Serial powróci niedługo, aby zakończyć się ostatecznie na 24. odcinku 11. sezonu. Jak wspominają sami twórcy, sała historia Żywych trupów zostanie przedstawiona w 177 odcinkach. A wy, śledziecie tę historię na bieżąco? A może dopiero teraz planujecie seans? Na przestrzeni ostatnich lat dzieło Kirkmana i stacji AMC doczekało się kilku spin-offów, z których najpopularniejszy Fear the Walking Dead ma już siedem sezonów, a w przyszłości doczeka się ósmej serii. Za jakość i rzetelność powyższej treści ręczy Wojtini
Mimo że ostatnio kino korzysta przede wszystkim z tematyki wampirycznej, to jednak zombiaki też mają się całkiem dobrze. Każdego roku powstają kolejne głośne produkcje oparte na motywie żywych trupów, żeby wspomnieć chociażby o goszczącym ostatnio w kinach World War Z. Martwi pożeracze ludzkich ciał w dalszym ciągu cieszą się wielką chwałą wśród fanów, nie dziwne więc, że w dobie rosnącej popularności seriali telewizyjnych, i oni doczekali się swojej serii. The Walkind Dead jest adaptacją komiksu Roberta Kirkmana o tym samym tytule i przedstawia losy grupki ludzi pod przewodnictwem szeryfa Ricka Grimesa, którzy za wszelką cenę próbują przetrwać w świecie opanowanym przez zombie. Niestety, z czasem okazuje się, że oni sami są dla siebie znacznie większym zagrożeniem niż umarli. Twórcą produkcji jest Frank Darabont – reżyser i scenarzysta takich obrazów jak Zielona Mila, Skazani na Shawshank czy Mgła. Trzeba przyznać, że udało mu się zrealizować nietuzinkowy serial, który znalazł sobie zarówno wiernych zwolenników jak i zagorzałych przeciwników. Nie jest to dzieło, które opiera się w głównej mierze na eksponowaniu obrzydliwych scen gore oraz wylewaniu hektolitrów sztucznej krwi. Oczywiście i takie sceny się tu znajdują, w końcu to film o zombie, dlatego dla widzów o słabych nerwach oraz delikatnym żołądku to może być ciężka przeprawa, jednak serial na pierwszym planie posiada przede wszystkim interesującą fabułę. Zachwyca postapokaliptyczna wizja świata, działająca na wyobraźnię widza, który zastanawia się jak mogło dojść do takiego przetasowania. Ludzie zostali zdegradowani do bycia pokarmem dla żywych trupów. Ich największym zmartwieniem jest próba przetrwania kolejnego dnia. Niestety w tym brutalnym, pozbawionym jakichkolwiek skrupułów świecie, nie tyko zombie są zagrożeniem. Okazuje się bowiem, że w człowieku, który stał się zwierzyną łowną budzą się najdziksze instynkty. I chyba głównie o tym jest ten serial. O tym, co staje się z człowiekiem postawionym w ekstremalnej sytuacji. W tym kontekście bardzo podobnie wypada także Mgła Darabonta. Bohaterowie nigdy już nie będą tymi samymi osobami, co przed apokalipsą – nawet bez zarażenia, powoli sami stają się zombie. Każdy kolejny dzień w tym dzikim świecie pozbawia ich kolejnej cząstki człowieczeństwa. Darabont po raz kolejny pokazuje na co go stać. Z mało oryginalnego tematu wyciska tak wiele, jak tylko się da. Serial posiada interesujący klimat, na który składa się nieustanne poczucie zagrożenia, przez co – mimo wielu niedociągnięć technicznych – śledzimy losy bohaterów w ciągłym napięciu. Postaci giną jak muchy, scenarzyści nie pozwalają nam się do nich przyzwyczaić i nigdy nie wiadomo, kto następny padnie ofiarą zombie. Owszem, całość ma też swoje wady, często brakuje twórcom konsekwencji. Czasem byle zadrapanie prowadzi do zarażenia człowieka, a czasem o wiele bliższy kontakt (przenoszenie martwych, czy babranie się gołymi rękami we flakach) nie powoduje żadnych szkód. Jak już pisałem serial ma zagorzałych zwolenników, ale także swoich przeciwników. Ja osobiście jestem jego wielkim fanem, choć potrzebowałem trochę czasu żeby złapać bakcyla. Trzeba jednak przyznać że każdy kolejny sezon prezentuje się coraz lepiej i z niecierpliwością czekam już na czwartą odsłonę. Fakt – trzeba do tej produkcji podejść z małym dystansem, żeby pewne nielogiczności nas nie odstraszyły. Jeżeli jednak już się do niego przekonamy, ciężko będzie się oderwać. Wizja postapokaliptycznego świata przeraża, a zarazem intryguje. Obserwowanie zmagań bohaterów z hordą umarlaków to prawdziwa gratka. The Walking Dead Twórcy: Frank Darabont Obsada: Andrew Lincoln, Laurie Holden, Jon Brenthal, Sarah Wayne Callies, Steven Yeun, Jeffrey DeMunn, Chandler Riggs, Lauren Cohan, Norman Reedus, Scott Wilson, Michael Rooker, David Morrissey, Melissa Mc Bride i inni. Kraj: USA Rok: 2010 – 2013 Gatunek: Horror, Dramat Rocznik 1992. Z wykształcenia historyk sztuki i kulturoznawca, z zamiłowania pożeracz filmów, książek i szeroko pojętej popkultury.
the walking dead serial recenzja